po podróży 154 artykuły

Podobne artykuły

Tagi

Indyjska wyprawa kulinarna... do Londynu

Londyn to jedna z najbardziej niezwykłych stolic świata. Przekona się o tym każdy, kto zechce skosztować jedzenia w tamtejszych restauracjach i barach. Nie chodzi tu jednak o tradycyjną brytyjską kuchnię, która jest – powiedzmy to sobie szczerze – nudna i monotonna. Chodzi o kulinarną podróż, jaką możemy odbyć do Indii, nie ruszając się z Londynu. Co najważniejsze dania te w większości będą przyrządzone przez kucharzy pochodzących z danego miejsca. Przybywają oni do Londynu z dawnej kolonii, w poszukiwaniu nowego życia i bardzo często odnajdują się tam jako specjaliści od swojej rodzimej kuchni.

Kafejka „Dishoom” jest znana Londyńczykom już od dawna, inspiracją dla niej było zatrzymanie w czasie atmosfery Bombaju lat 50. Jednak teraz na fali popularności powieści Australijczyka Gregory'ego Davida Robertsa „Shantaram”, zainteresowanie tym kierunkiem ożyło. Dzięki temu ożyła również kafejka, która jest dziś jedną z najciekawszych propozycji dla osób poszukujących smaków z regionu Konkan. W Londynie znajdziemy cztery miejsca, tworzące niewielką sieć „Dishoom”. Planowane są kolejne, warto zatem poszukać w Sieci aktualnych adresów.

Zupełnie inny klimat kolonialny panuje w „Quilian”. Tu możemy mówić o prawdziwej rekonkwiście. Kiedy w 2008 roku w brytyjskie finanse uderzył kryzys finansowy, okazało się, że indyjskie firmy są gotowe do inwestowania w chwiejącą się gospodarkę dawnego imperium. Potężne marki samochodowe, takie jak Jaguar i Land Rover, a nawet herbata Tetleya, weszły w skład indyjskiego konsorcjum Tata. Podobnie wyglądało to w branży turystycznej. Leżący w sercu Anglii, niedaleko Pałacu Buckingham hotel St. James Court przeszedł w ręce indyjskiej firmy posiadającej luksusowe apartamentowce, o nazwie Taj. Od tego czasu na parterze hotelu nie znajdziemy już tradycyjnego angielskiego pubu, a tawernę „Quilon”. Nazwa ta pochodzi od miasta, znajdującego się na wybrzeżu Malabar w indyjskiej Kerali. We foyer znajduje się jeszcze „Q Bar”, w którym można zamówić drinka, jako aperitif. Najtańszy lunch w „Quilon” kosztuje ok 120 złotych. Troszkę drogo, ale jak na restaurację z gwiazdką Michelina, nie ma co narzekać. A co można zjeść? Same specjały. Na przykład małe danie z sosem masala na przystawkę i ostre curry z rybą jako danie główne. Do tego ryż cytrynowy z orzechami oraz smażone alo gobi, z zieloną kolendrą i chutneyem pomidorowym.

Kolejną gwiazdkę Michelina z indyjskim menu znajdziemy w klubie i barze Gymkhana. To typowy indyjski bar sportowy, w którym alkohole są odrobinę ważniejsze niż jedzenie, choć to drugie też jest na najwyższym poziomie. Znajdziemy tu indyjski rum Old Monk, dwa rodzaje indyjskiej whisky (single malt) i Old Raj Dry Gin. Wśród dań pojawiają się indyjskie szaszłyki, kurczak w przyprawie tikka, kaczka z Chettinad, curry z krewetkami czy chutney z koperkiem. Miejscowi kucharze słyną również z ciekawie zestawianych indyjskich sałatek, nazywanych kachumber. Sportowy klimat zapewniają czarno-białe zdjęcia dawnych drużyn. Oczywiście z Indii. Najciekawiej prezentuje się brytyjsko-indyjska drużyna krykieta z czasów panowania króla Jerzego V.

To oczywiście nie wszystkie ciekawe miejsca dla pasjonatów kuchni indyjskiej. Warto wspomnieć o „Roti Thai”, w której prezentowane są specjały indyjskiej kuchni ulicznej. Z kolei „Trishna” uznawana jest za raj dla wegetarian, zwłaszcza takich, który lubią konkretnie przyprawiane potrawy. Sporo ciekawych miejsc znajdzie się również na East Endzie, który bywa nazywany Małym Bangladeszem. Tamtejsze bary i restauracje nie należą może do pierwszej ligi, ale za to są niesłychanie różnorodne i warte uwagi.

Zdjęcia

Napisane Komentarze

0 komentarzy
  • Dodane przez po podróży
  • 12 lutego 2018 20:53:50 CET
  • 0 komentarzy
  • 64 wyświetlenia
Podziel się Zgłoś